Marzec 11, 2010
Król Olch i taka moja chwila - już czwartek
Witam serdecznie w czwartkowy pochmurny ranek z bardzo niskim ciśnieniem,no i zapowiedzią śniegu.
Jest minus trzy stopnie,ale podobno ma być pózniej plus trzy stopnie.
Śniadanko schrupałem,tym razem za eksperymentowałem z kawą.
Do mojego ulubionego kubka półlitrowego dodałem dwie łyżeczki kawy rozpuszczalnej ,plus trzy łyżeczki kakała dodałem przegotowanej gorącej wody i uzupełniłem dawką mleka.
Przyznam wyśmienity napój jak dla mnie,możecie sprubować,ja nie słodzę,ale można dodać miodu lub cukru do smaku.
Dzisiaj nasza wspomagająca nas nieszczęśników Krysia od Foki ma urodziny,mamy dla niej małą niespodziankę.
Lektura klango zaliczona.
Przyznam że Lotos swoim tematem na blogu kosmetyki i literatura sprawił mi przyjemność,a czytając Króla Olch miałem dreszcze na plecach.
Przypomniała mi się życiowa sytuacja,którą doświdczyłem na własnej skórze.
Była zima 1973-1974 śnieg,oblodzone chodniki.
Moja niespełna roczna córeczka chorowała na grypkę,no i zaaplikowano serię zaszczyków penicylinę.
Wieczorem przyjechała pielęgniarka i podała jej piąty już zastrzyk.
Gościnna kawa nasza i chwila rozmowy sprawiła że pozostała kilka chwil.
W pewnym momencie dziecko zaczęło płakać i dusić się.
To nie czas komórek i szybkiej pomocy karetek,daleko nam do tego jeszcze było.
Błyskwiczna ocena sytuacji pielęgniarki że to szok po zastrzyku i musi natychmiast otrzymać pomoc,zastrzyk adrenaliny do serca.
Ona wsiadła na rower i pojechała do lekarza,by przygotować go do akcji.
Do szpitala było za daleko.
Samochodu nie było.
Złapałem dziecko wtuliłem w ramionach i rozebrany w laciach przebiegłem ponad kilometr w mrozie,gołoledzi dotarłem do lekarza,który już czekał,by wykonać akcję.
Po drodze brakowało mi oddechu,nogi ślizgały się w laciach po lodzie i jakimś cudem dotarłem.
Na miejscu okazało się że pomoc nie była potrzebna,bo bieg ten i moje rytmiczne przytulanie córeczki okazały się dobrą reanimacją.
Wszystko dobrze się skończyło.
Tak ten Król Olch jakoś tak podziałał na moją pamięć i wspomnienie przed lat.
Życie to ciągła walka,a kruchość jego niesamowita,dlatego cieszmy się z dobrych chwil i przenikajmy je małymi radościami codziennymi.
Przydało by się teraz słońce,by ogrzało promykami życia.
Pozdrawiam serdecznie.
Filed by stanhomer at 9:58 am under Uncategorized
11 Komentarze